Dojrzewały sobie zdjęcia z czerwcowego wypadu w Bieszczady, aż dojrzały światło dzienne...
W czasie tegorocznego pobytu nad i w Solinie zaliczyliśmy koronę Bieszczadów. Wg traseo trasa liczyła 19,11 km oczywiście piesza, bo jeszcze musieliśmy dojechać z Soliny do Wołosate. Z Wołosate stromym podejściem poprzez las do przełęczy pod Tarnicą (1275 m n. p. m.), gdzie znajdują się rozstaje szlaków - niektórzy nawet się pogubili po zejściu z Tarnicy (1346 m n. p. m.). Dalej idąc szlakiem czerwonym prowadzącym przez trawers południowo-zachodniego stoku Krzemienia (nazwa jest wnykiem przekręcenia słowa Grzebień przez austriackich kartografów) poprzez zbocze (ok 1240 m n. p. m.) Kopy Bukowskiej (1320 m n.p.m.) weszliśmy na trzeci co do wysokosci szczyt Bieszczadów - Halicz (1333 m n.p.m.).
Z Haliczem związana jest pewna historia :) Mianowicie. Na Haliczu znajduje się magiczne kamienne drzewo, które jest zamienioną przez złą czarownicę księżniczką. Po zastukaniu w nie Kasia usłyszała głos, który jej oznajmił, że przez fakt, iż doszła do drzewa i chciała odczynić zły urok, sama stała się księżniczką. (Wymyślona wspólnie z Marysią bieszczadzka bajka motywująca).Następnie weszliśmy na Rozsypaniec (1280 m n.p.m.) a stamtąd długim, poprzez przełęcz nudnym i wyczerpującym zejściem do Wołosate...
Poniżej kilka zdjęć z wyprawy, warto jeszcze zajrzeć na blog mojej żony.
















